wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 9

Miałam wrażenie, że moje serce zatrzymało się na krótką chwilę, a płuca zapomniały o oddychaniu. Blondyn podszedł pewnym krokiem do ławki, po czym usiadł, rozwalając się na całej szerokości. Spojrzałam na niego z politowaniem, zarazem gwałtownie nabierając powietrza, a on dopiero teraz zwrócił na mnie uwagę.
     - Uu wiedziałem, że są niezłe dupy w tej budzie... ale, nie sądziłem, że aż takie.
     - Słucham?! - wybałuszyłam oczy.
     - Nie mów tak, bo cię wyrucham.
     - Palant. - warknęłam.
     - Siema blondi. - Ciemnooki zwrócił się do Rossa i przybił z nim ,,żółwika''. - Wywalili cię po raz kolejny?
     - A jak inaczej? - Zaśmiał się ironicznie.
     - Co zrobiłeś? - Dopytywał ciemnowłosy.
     - Kilka bójek, alkohol i numerek w kantorku woźnego. Powiem Ci, że minę miał zajebistą jak zobaczył uciekającą półnagą suczkę  - Ross założył nogi na ławkę.
     - Lynch! To, że w tamtej szkole się tak zachowywałeś, nie znaczy, że tu też tak możesz. - Powiedziała spokojnym głosem Sydney- bo tak się nazywała, choć widać było, że jest rozdrażniona. - Reasumując, macie zrobić projekt, który najbardziej zaważy na waszych ocenach końcowych. - W sali rozległy się jęki.
     - Mhm. - napomniała kobieta. - Będziecie go wykonywać w parach. Polega on na nagraniu dwóch zapowiedzi filmowych. Żeby wam nie ułatwiać pracy, jedna osoba pisze scenariusz i wybiera piosenkę dla drugiej i odwrotnie. Oczywiście obie muszą się dostosować. Interpretacja jest dowolna, piosenki także, ale proszę was, nie przesadzajcie.
     - Sami się dobieramy? - Zapytała jakaś brunetka z przodu klasy.
     - Nie, jesteście z osobą z ławki. - Nikt zbytnio nie protestował, a to z tego względu na to, że każdy na początku roku wybierał sobie partnerkę, lub partnera. Z tego, co pamiętam, mnie przesadziła, bo jak to się wyraziła: ,,Blablabla, rozpraszasz ich uwagę'' czyli takie sratatata.
Lekcja skończyła się na jakimś nudnym wykładzie o sławnych kompozytorach. Kolejne trzy lekcje minęły spokojnie.
     - W końcu lunch. Jestem głodna jak wilk. - Zaśmiałam się i podniosłam ręce do góry w celu wyrażenia swojej wypowiedzi. Dziewczyny spojrzały się na mnie pytająco. - No co? Nie jadłam śniadania! - Już nic nie odpowiedziały, tylko skierowały się w stronę stołówki.
Wzięłyśmy tace i zaczęłyśmy nakładać na nie jedzenie. Wybrałam sałatkę z kurczakiem, do tego budyń czekoladowy i sok malinowy. Gdy także dziewczyny, dobrały posiłek, usiadłyśmy przy ,,naszym'' stoliku i zaczęłyśmy jeść. Nagle poczułam dłoń na moim ramieniu.
     - Chodź za mną. - Blondyn puścił mi ,,oczko''. Mogłabym, też przysiądź, że powiedział: ,,Wiem, że tego chcesz''.
     - Jeszcze czego. Chyba cię posrało. - Rzuciłam przez ramię.
     - Kurwa! - przeklął. - Mamy zrobić ten pieprzony projekt i musimy go obgadać. Więc z łaski swojej rusz tę ociężałą dupę i chodź ze mną — Chyba się wnerwił.
     - Uuu Rossiak się zdenerwował. Jak mi przykro. - Udałam szloch.
     - Nie mów tak na mnie. - Złapał mnie za rękę i pociągnął do góry, po czym szarpnął i wyprowadził ze stołówki.
     - Puść mnie! - Zaczęłam stawiać opór.
     - Miałem nie być tak ostry dla ciebie, ale mnie wkurzyłaś maleńka. - Wzdrygnęłam się na te słowa.
     - Że co takiego? - wybałuszyłam oczy,
     - To, co słyszałaś. Mam dla ciebie piosenkę i scenariusz. Miało być niby parę drastycznych scen, ale zabawimy się ostrzej. Bez rozbierania się nie obędzie. - Spojrzałam się na niego wzrokiem typu ,,chyba śnisz?!''. - Dzisiaj o 21, u mnie. - Puścił do mnie oczko, po czym wcisnął mi do ręki skrawek papieru. Niepewnie na niego spojrzałam, okazało się, że to tylko jakiś adres. Wepchnęłam kartkę do tylnej kieszeni i ruszyłam z powrotem w stronę stołówki. Dosiadłam się do przyjaciółek, a te od razu zaczęły wypytywać mnie o Rossa.
     - O czym gadaliście? - zapytała Emma.
     - Mam do niego przyjść w celu obgadania projektu.
     - Słyszałam, że on zaciąga każdą poznaną dziewczynę, która mu się spodoba do łóżka, później ją jeszcze bardziej rozkochuje i zostawia. Ta staje się zamknięta w sobie i popełnia samobójstwo, bo nie chce żyć bez niego. - Wtrąciła się Jane.
     - Gdzie to niby usłyszałaś? - Spojrzałam na nią wyczekująco.
     - Bo wiesz... Emily powiedziała Belli, że jej brat miał kolegę, którego siostra odebrała sobie życie przez Rossa. Później dowiedziałam się o tym ja.
     - Dziewczyno! Wiesz może, co to są plotki? Przeleciało to już przez tyle uszu, że nie wiadomo, w co wierzyć. - Skarciła ją Em.
     - No wiem, tylko mówię, że tak słyszałam. - Posiedziałyśmy jeszcze parę minut w ciszy, nim zadzwonił dzwonek. Zostały mi jeszcze tylko dwie lekcje, które przeminęły mi szybciej niż zwykle. Zabrałam strój z szafki i wybiegłam ze szkoły, spoglądając na ekran telefonu. Zostało mi tylko 7 godzin i 40 minut do poznania prawdy o blondynie. Może on tylko udaje takiego, jakim jest? Bez dalszych rozmyśleń ruszyłam w stronę domu. Zajęło mi to, może z 15 minut. Otworzyłam drzwi, po czym udałam się do kuchni. Otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam z niej jogurt naturalny. Sięgnęłam jeszcze tylko po łyżeczkę i zaczęłam pałaszować produkt. Gdy już miałam odejść, usłyszałam melodię ,,Give me love". Szybko sięgnęłam po telefon i odebrałam.
     - Cassie, przepraszam, że mówię ci to w taki sposób, ale praca zmusza nas do wyjazdu. Wyprowadzamy się na jakieś pół roku do Londynu. Dom jest pod twoją opieką, wiemy, jak jesteś przywiązana do tego miejsca i nie chcemy cię w to wplątywać. Będziemy ci wpłacać na konto pieniądze na wyżywienie i jakieś inne zakupy. Nie martw się o rachunki, nasza sąsiadka zgodziła się nam je odsyłać na nowy adres i to my będziemy wszystko opłacać. Kochamy cię.
     - To, pa mamo. - To było jedyną rzeczą, jaką mogłam wydusić. - Ja również kocham. - Wydukałam, po czym się rozłączyłam. Bez zastanowienia pobiegłam do toalety, a z szafki nad umywalką wyjęłam mały metalowy przedmiot. Z moich oczu zaczęły wylewać się niepohamowane łzy. W tej chwili nikt nie mógł mnie zrozumieć, nikt nie zdawał sobie sprawy, że dziewczyna z dobrego, dość bogatego domu może mieć dość życia. Na nadgarstku zrobiłam pierwszą dość głęboką kreskę. Bolało. To nie ważne, kolejne równe głębokie cieńcie, i kolejne.
     - Nie, ja tak nie mogę! - wrzasnęłam i ścisnęłam żyletkę tak mocno, że skóra na wewnętrznej części dłoni, została poharatana. Jak na zawołanie, cisnęłam przedmiotem o ścianę. - To boli... - Dodałam, cicho łkając i żałując, że się do tego posunęłam. Oparłam głowę o białe drzwi i zasnęłam. Wiedziałam, że nie powinnam. Muszę zahamować, płynącą mi z nadgarstka krew. No trudno, co będzie, to będzie...
*w tym samym czasie*
*Ross pov.*
Gdzie jest ta pieprzona Cassie!? Od dwóch godzin siedzę tu, a ona ma mnie w dupie. Dość tego! Zgarnąłem kluczyki i pobiegłem do garażu, a stamtąd wyprowadziłem czarną Yamahę MT-09, która idealnie komponowała się z kaskiem i ciemną skórą, którą włożyłem na siebie. Ruszyłem przez dziwnie opustoszałą ulicę. Błyskawicznie dotarłem pod dom Laury i wszedłem do niego. Schodami, które tak dobrze znałem, popędziłem do jej pokoju. Na chwilę zatrzymały mnie krzyki i pojękiwania. Myślałem, że kurwa zwariuję! Jeśli ta laska pieprzy się z innym, to popamięta. Wpadłem do jej pokoju.
     - Po tobie się spodziewałem — odezwałem się do Rikera, mojego starszego brata. - Ale ty? Ty szmato, ty pieprzona dziwko. - Wybiegłem.
     - Ross — usłyszałem wołanie, ale nie zareagowałem. - Wsiadłem na motocykl i ruszyłem w stronę domu Cassie, muszę znowu skłamać. Tym razem ją to jeszcze bardziej zaboli...

środa, 15 kwietnia 2015

Rozdział 8




W poprzednim rozdziale:
     *  -Cass...Cassie! Ktoś zaczął nawoływać moje imię. 
       -Co?! -krzyknęłam.
       -Córciu wstawaj, spóźnisz się do szkoły. *

          - Słucham?!
          - Zostało ci 20 minut do rozpoczęcia lekcji, zaspałaś. - Nadal nie docierały do mnie słowa mamy.
          - O której wczoraj wróciłam? - zapytałam się.
          - Przecież nigdzie nie wychodziłaś... Cassie dobrze się czujesz? - rodzicielka spojrzała na mnie zmartwionym wzrokiem i przyłożyła mi rękę do czoła.
          - Nie, znaczy tak, sama nie wiem. Już się ubieram. - uśmiechnęłam się słabo i zwlekłam z łóżka.
          - Tata cię odwiezie, pieszo i tak już nie zdążysz. Pośpiesz się... - jeszcze raz się mi przyjrzała i wyszła. Może ja naprawdę jestem... Zaraz! Kto mnie odwiezie? Tylko nie mówcie mi, że mama znalazła sobie jakiegoś faceta... Zajrzałam do szafy. Muszę w końcu wybrać się na zakupy. Wzięłam z niej koszulkę, jeansowe spodenki i rajstopy. Następnie udałam się do mojej własnej toalety. Ogarnęłam się, uczesałam moje blond kudły, po czym przebrałam się z piżamy. Na koniec chwyciłam zestaw bransoletek... i gotowe.




Po skończonych ,,przygotowaniach'' zbiegłam na dół. O dziwo pamiętałam, gdzie co się znajduje. Wbiegłam do kuchni. Mama coś gotowała, a przy niej stał mężczyzna, który wychowywał mnie od dziecka. Tylko pytanie ,,jak to możliwe?''.


          - Cassie, Luke dzwonił, powiedział, że zaraz po ciebie podjedzie.
Miał cię zawieść tata, ale twój chłopak tak strasznie prosił. - kobieta puściła do mnie oczko.
          - Zaraz, jaki chłopak?! - mój tata żyje, a ja mam chłopaka? Co tu się dzieje.
          - Córciu ty chyba sobie żarty stroisz. Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha...
          - Gdzie jest Ross, Erik, Rydel lub reszta bandy? - zapytałam z nadzieją. Rodzicielka, zamiast mi odpowiedzieć, machnęła mi kilkakrotnie ręką przed oczami. Chwila... Luke, mhm. Chyba coś zaczynam kojarzyć. Zeszłe wakacje, morze, boski chłopak próbujący się ze mną umówić. Byliśmy tacy młodzi, szczęśliwi. Nie wyznaczaliśmy sobie granic, a teraz to się skończyło. Bez przerwy się kłócimy o byle co.
          - Muszę z nim zerwać. - powiedziałam sama do siebie.
          - Zerwać?! - zaczerwieniła się Marry, bo tak miała na imię moja mama. - Byliście idealną parą.
          - Nie zmienię swoich uczuć. - wyszeptałam, po czym zabierając skórzaną kurtkę i wkładając na stopy trampki, wyszłam. Przed moim domem stał czarny Jaguar XJ.


Po chwili szyba się uchyliła, a za niej wychylił się nie kto inny jak Luke.
          - Kotuś, wsiadaj. Zaraz wszystko omówimy. - wyszczerzył swoje białe kły. Co on znowu chce omawiać?! Musiałam się dowiedzieć, przypomnieć sobie nasze dawne rozmowy. Niestety mój umysł nie chce odpuścić mi przykrości i jak na siłę przypomina mi tamten durny sen. Z lekkim wahaniem wsiadłam do samochodu.
          - Przepraszam, ja tego nie chciałem. Tylko ty się dla mnie liczysz. Marzę o tym, żeby było jak dawniej. Wybacz mi... - powiedział ze skruchą w głosie.
          - Dobrze, to co jedziemy? - co ja narobiłam... ,,Dobrze''? To musi być sen, po cholerę ja mu wybaczyłam.
          - Jeszcze tylko muszę coś zrobić. - Zanim się obejrzałam, Luke wpił mi się w usta. Niechętnie odwzajemniłam pocałunek. Dręczyło mnie jeszcze tylko jedno pytanie.
          - Spaliśmy już ze sobą? - Wyszeptałam niepewnie.
          - Nie i właśnie to było powodem naszej kłótni.
          - Jak to?
          - Ja chciałem, a ty nie. To jest w sumie koniec historii. - Uff jak dobrze, teraz przynajmniej wiem, że nadal jestem dziewicą... Teoretycznie. O ile to z Rossem się nie liczy.
          - Jedziemy? - zmieniłam temat. Chłopak w odpowiedzi tylko skinął potwierdzająco głową. Przez całą drogę panowała niezręczna dla nas obojga cisza. Gdy tylko Luke próbował się odezwać, ja zaczynałam, a to kaszleć, a to kichać. Tylko po to, żeby dać mu do zrozumienia, że nie chcę rozmawiać. Kilka minut później dojechaliśmy pod ogromny budynek o nazwie ,,Loyola High School''. Powiem, że dawno, aż tak nie zachwycałam się jego wyglądem. Na zewnątrz wyglądał jak średniowieczny zamek. Czerwona cegła idealnie współgrała z ogromnymi oknami, przez które można było dostrzec wałęsających się uczniów. Wokół budynku znajdował się park, piękna fontanna i kamienne ścieżki, otaczające całą szkołę. Gdzieniegdzie można było spostrzec drewniane ławeczki, na których w czasie przerw przesiadywali studenci. Wszystko dopełniało ogromne boisko, na którym co tydzień odbywały się mecze. Z trzęsącymi się dłońmi weszłam do ,,LoyHigh'', bo tak niektórzy uczniowie skracali nazwę tego ośrodka. Wnętrze było równie zachwycające, jak sama powłoka budynku. Marmurowe posadzki, śliczne drewniane wykończenia okien, bardzo przestronny korytarz i ściany koloru beżu. Nagle zauważyłam pary oczu skierowane w moją stronę. Niektórzy zerkali ukradkiem, jednak więcej było otwartych spojrzeń. Tylko czemu? Szybkim krokiem podeszłam do szafki. Chwilę później podbiegły do mnie przyjaciółki.
          - Wow! To naprawdę ty? - zapytała Emma.
          -Tak, to ja... - Odparłam zmieszana.
          - No wiesz, wyglądasz inaczej. - Jane zilustrowała mnie wzrokiem. - Zero szpilek, zero tapety, zero obcisłych ubrań.
          - Co?! Ja nie mam takich ubrań. - Zaczęłam się tłumaczyć.
          - No ty nie masz, ale twoja siostra, która wyjechała do collegu posiada całą szafę takich ubrań. Oddała ci je przed wyjazdem. - Wytłumaczyła mi Em. Zaraz, to ja mam siostrę? Nie no, coraz gorzej jest ze mną. Postałyśmy jeszcze chwilę w ciszy, aż zadzwonił dzwonek. We trzy byłyśmy w tej samej klasie. Dziewczyny usiadły razem, a ja musiałam zająć ostatnią wolną ławkę. Chwilę później do sali weszła szczupła brunetka. Była ona naszą nauczycielką od muzyki. No tak w piątki zaczynamy właśnie od tego przedmiotu i jeśli się nie mylę, kończymy na matmie. Nasza klasa liczyła 20 osób. Zaraz przecież w klasie jest nas dziewiętnastka. Czyli jednak z kimś usiądę. No trudno. Na chwilę odwróciłam się do tyłu. Za mną siedziało dwóch chłopaków. Jednego bardzo dobrze znałam:
          - Hej Erik, a ty jesteś?
          - James. - odpowiedział niepewnie rudy chłopak, siedzący obok ciemnowłosego.
          - Cassidy. - podałam rękę chłopakowi.
          - Wiem, jesteś tu najpopularniejsza. Zazwyczaj zwracałaś uwagę tylko, na swojego chłopaka.
          - Zmieniłam się. - odrzekłam. Chwila... Jeśli jest tu Erik, to może będzie też...
         - Ross usiądziesz z Cassidy. - Odezwała się donośnym głosem profesorka.   
C.D.N
___________________________________________
Następny będzie szybciej gdy pod tym będzie:

8 kom. = przyśpieszenie czasu dodania nexta o połowę

piątek, 27 marca 2015

Rozdział 7

Prośba: Nie zabijcie mnie za ten rozdział!!!

Erik's pov.

Obudziłem się nad ranem. Bezczynnie leżałem w łóżku, myśląc o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu zaledwie dwóch dni. Nie mogłem znieść myśli, że przeze mnie Cass cierpi fizycznie, jak i psychicznie. Muszę ją do siebie zrazić, żeby nie narażać jej na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Nagle poczułem ból w okolicach brzucha. Natychmiast pobiegłem po Rikera, a następnie razem z nim do pokoju Cassidy. Nie wiedzieliśmy co się dzieje ale miałem wyraźne przeczucie, że to coś niedobrego. W pewnym momencie z pokoju Rossa usłyszeliśmy krzyk dziewczyny. Natychmiast do niego wpadliśmy. To, co zobaczyliśmy, było przerażające pod każdym względem. Dziewczyna siedziała skulona na łóżku, a nogi miała całe we krwi. Nie czekając na żadne wytłumaczenie, rzuciłem się na Rossa. O dziwo ten się nie bronił. Siedział tylko osłupiały, jakby nie wiedział, co właśnie zrobił. Zauważyłem łzy w jego oczach, lecz i tak bez żadnej skruchy skręciłem mu kark. W tym czasie Riker wyniósł blondynkę, a ja zawołałem Ell'a. Ten w mgnieniu oka znalazł się obok mnie. Na początku zerknął na leżącego Rossa, a później na mnie wzrokiem wymagającym wyjaśnień.
          -Skrzywdził Cass, tylko to powinieneś wiedzieć — spojrzałem się na niego z wyrzutem — chodź, zaniesiemy go na dół. - Wzięliśmy blondyna na ręce i zaciągnęliśmy na niższe piętro. Byliśmy na korytarzu prowadzącym, do pomieszczenia gdzie miał być trzymany Ross. Wchodziło się tam przez masywne drewniane drzwi. (To coś mniej więcej takiego: ~od aut. )

Zamknęliśmy je i poszliśmy do swoich pokoi. Tylko czasami ktoś zaglądał do Rossa, żeby upewnić się, że nie uciekł. Chociaż jest osłabiony, nie można go lekceważyć. Postanowiliśmy ustawiać warty, przez które Cass czuła się pewniej. Dawna dziewczyna, na którą wpadłem w parku, zniknęła. Tamta nie bała się przywalić starszemu chłopakowi...ta siedzi i płacze. Boi się świata... Tak minął tydzień. Blondynka nie jadła, piła tylko to, co Rydel udało się jej wepchnąć. Było coraz chudsza i bladsza, co osłabiało także mnie. Dzisiaj mieliśmy kolejny raz spróbować przywrócić dawną dziewczynę. Teraz kolej Rikera, w sumie tylko przy Delly nie zaczynała, się trząś, ale musieliśmy przyzwyczaić ją także do najstarszego brata. Wyszedłem na korytarz, na którym stał blondyn. Kiwnąłem głową, żeby wszedł do dziewczyny.

Cassie's pov.

W pewnej chwili ktoś zapukał do moich drzwi... Nie odzywałam się ani słowem. Wzrok miałam nadal zwrócony ku pięknej tafli wody, otóż niedawno dowiedziałam się od Rydel, że mieszkamy nad brzegiem zbiornika wodnego, a tak dokładniej nad nieodkrytym przez nikogo jeziorze. Mówię nieodkrytym, ponieważ znajdujemy się w samym środku lasu... Pukanie wciąż narastało i stawało się uciążliwe, lecz nadal nie wypowiadałam ni jednego słowa. Sama nie wiem czemu. Ross jest uwięziony w piwnicy, więc praktycznie rzecz biorąc, nic nie powinno mi grozić. Chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi i delikatnie nacisnęłam na klamkę, która zadrżała pod moim dotykiem, lecz drzwi nawet się nie uchyliły. Przez to, że od tygodnia nic nie przełknęłam, jestem kompletnie osłabiona. Zamiast dalej siłować się z wejściem, wychrypiałam ,,proszę'', a w pomieszczeniu pojawił się Riker. Chociaż wiedziałam, że nic mi nie zrobi, tak strasznie przypominał swojego brata.
          - Musisz coś zjeść. Cassie proszę cię, czas podnieść głowę. - Spojrzałam na niego z politowaniem.
          - Dobrze. - szepnęłam i wyszliśmy. Nagle usłyszałam krzyk Rossa. To właśnie tego najbardziej się obawiałam. Po tym, co mi zrobił, nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, ale jak powiedział Riker, czas podnieść głowę do góry. - Muszę z nim porozmawiać. -Łzy machinalnie napłynęły mi do oczu, ale to było jedyne wyjście. Czas o nim zapomnieć, a drogą do tego jest pytanie ,,dlaczego?''.
          - Jesteś zbyt osłabiona, pójdziemy, jak coś zjesz. - Strasznie zdziwiło mnie to, że nie protestował. Nie mówił ,,on jest zły, nie możesz, nie puszczę cię''.
          -Nie. - zaprotestowałam. - Muszę to zrobić teraz. - Chłopak kiwnął głową i odprowadził mnie pod ,,celę'' blondyna, a sam wyszedł.
          - Cass. -usłyszałam cichy szept.
          - Czemu? - zadałam pytanie, które dręczyło mnie od dawna. -Dlaczego ja?
          - Kocham cię... Ja tego nie... To nie moja... Przepraszam. -Łamał mu się głos.
          - Udowodnij, że mnie kochasz. - odpowiedziałam na jego przeprosiny. - Udowodnij! - z moich ust wyrwał się niekontrolowany krzyk, a powieki nie wytrzymały potoku łez.
          - Jak? -          Zadał pytanie, którego najbardziej się obawiałam. Już miałam plan, nieodpowiedzialny i mogący doprowadzić do mojej śmierci, ale już mi nie zależało. Zerknęłam na niego, był śmiertelnie blady. Jego skóra była przerażająco sucha, a usta spękane.
          - Krew. - to była moja pierwsza myśl. Wolno podeszłam do drewnianego stołu naprzeciw mnie i wzięłam z niego dość tępy nóż. Następnie otworzyłam ciężkie drzwi i wkroczyłam do pomieszczenia, gdzie był Ross. Chłopak spojrzał się na mnie z widocznym strachem, w oczach. Był niemiłosiernie osłabiony. Nożem zrobiłam nacięcie na skórze. Po chwili zaczęła z niego sączyć się krew. Skóra wokół rany zaczęła mnie piec, a wokół rany pojawiały się delikatne sińce. Z moich oczu nadal leciały słone krople. Blondyn miał mi udowodnić czy mnie kocha. To będzie dla niego ogromnym wyzwaniem. Natychmiast podniósł się z ziemi i zjawił przy mnie... W duchu błagałam, żeby mówił prawdę o swojej miłości. W jego oczach zapłonęła czerwień. Zrobił coś, czego się nie spodziewałam... Wpił się w moje usta. Nie czułam tamtego chłopaka. Ten był taki delikatny, obchodził się ze mną jak z porcelanową lalką. Po kilku sekundach zrobiłam coś, czego nawet ja sama bym się nie spodziewała. Odwzajemniłam pocałunek.
          - Kocham cię. - Przerwał wszystko dwoma słowami, które były szczere, aż do bólu. Słabo się uśmiechnęłam i zrobiłam najgłupszą rzecz, jaką mogłam w tamtej chwili zrobić.
          - Ja ciebie też. - Na nowo wpiłam mu się w usta.
          - Ręka ci krwawi. Musimy to opatrzyć. - Złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia.
          -Nie, poczekaj. - zatrzymałam go. - Zmień mnie. Proszę... -spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
          - Dobrze, ale jesteś pewna? - Powiedziałam coś, co zmieniło moje życie nieodwracalnie.
          - Tak. - Chłopak na nowo mnie namiętnie pocałował, po czym zanurzył kły w moim nadgarstku...
          - Cass... Cassidy! - Ktoś zaczął nawoływać moje imię.
          - Co?! - krzyknęłam.
          - Córciu wstawaj, spóźnisz się do szkoły.
C.D.N.
Hah ^.^ Rozdział gotowy. Zajęło mi to niemiłosiernie długo, ale wydaje mi się, że wyszedł całkiem spoko. Przepraszam, że tyle czekaliście :'( Macie prawo mnie ochrzanić. 
To was zaskoczyłam!!!  :) 
Następny rozdział będzie szybciej jeśli pod tym będzie 7 komów.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozdział 6

Błagam was, nie uduście mnie za ten rozdział, nie dość, że zwlekałam z dodaniem go, to jeszcze treść pewnie wam się nie spodoba- i teraz takie rodzicielskie bla bla bla... sceny 16+, nie dla ludzi o słabych nerwach i inne bzdety -czytasz na własną odpowiedzialność. Część rozdziału pisana przez moje znajome, anonimowe koleżanki. Dobra przemówienie skończone :)
______________________________________

Tę spokojną ciszę panującą w pokoju przerwał odgłos otwieranych drzwi, do pokoju wparował... o dziwo wściekły Ross.
          - Nie powinienem był tego robić, jesteś tylko skończoną kretynką, która łasi się do każdego spotkanego chłopaka — wydusił, po czym wyszedł. Natychmiast pobiegłam za blondynem, kątem oka spostrzegłam, że wchodzi do swojego pokoju. Bez zapowiedzi wparowałam do pomieszczenia i rzuciłam się na niego z krzykiem.
          - Czemu to robisz, czemu niszczysz mi życie?! Nie różnisz się od Erika. Na początku manipulujesz dziewczyną, a później ją rzucasz. - widziałam w jego oczach nienawiść, ale nie spuszczałam z niego wzroku.
          - Tego już za wiele! - złapał mnie i popchnął tak, że upadłam na łóżko. - Rozbieraj się!
          - Oszalałeś? Chcesz mnie przelecieć! - to jako pierwsze przyszło mi na myśl, bo co? Może chce mnie po prostu zobaczyć nago i zostawić...
          - A jak myślisz kotku?
          - Ty jesteś kompletnym psychopatą!
          - Uu zadziorna...lubię takie. - Wstałam z łóżka i pobiegłam drzwi, jednak wampir mnie wyminął.
          - Gdzie lecisz słońce? Na ucieczkę już za późno...
          - Błagam, zostaw mnie, Ross przecież wiesz, że cię lubię, nie niszcz tego.
          - Ty chyba czegoś nie rozumiesz, nie zostawię swojej zdobyczy... jestem łowcą. - podszedł do mnie i zaczął gwałtownie całować. Powoli przeniósł się na szyję, przechodząc coraz niżej. Mocno go odepchnęłam, ale to jeszcze bardziej go wkurzyło. Powtórnie rzucił mnie na łóżko i zerwał ze mnie wszystkie ubrania, włącznie z bielizną. Prosiłam, żeby mnie puścił, żeby przestał, ale to na niego nie działało. Chciałam krzyknąć ale dłonią zakrył mi usta. Nie mogłam zapanować nad łzami, które nieustannie spływały mi po policzkach. Chłopak oprócz ubrań zdarł całą moją godność. Nie był ani odrobinę delikatny. Robił ze mną, co chciał. Przez moje ciało przechodził niewyobrażalny ból, a po moich nogach spływała krew. Gdy skończył spocony, wyszedł ze mnie i usiadł obok na łóżku. Ledwo się podniosłam, po czym złapałam koszulkę i wciągnęłam ją przez głowę, zakrywając, chociaż odrobinę nagiego ciała.
          -To jeszcze nie koniec mała. Chyba nie myślałaś, że tyle mi wystarczy... - zaśmiał się arogancko, po czym zaczął po raz kolejny się do mnie przysuwać, ale tym razem nie miałam zamiaru się poddać. Gdy położył mi rękę na buzi, ugryzłam go i wydałam z siebie krzyk, na jaki tylko było mnie stać. W tej chwili klamka zaczęła drgać, a po sekundzie do pokoju wpadł Riker i Erik. Brunet widząc, co zrobił Ross, rzucił się na niego z pięściami, a blondyn wziął mnie na ręce i zaniósł do siebie.
          - Co ten smarkacz ci zrobił! - mruczał pod nosem...
C. D. N.

6 kom. = nowy rozdział 

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział 5

Gdy się obudziłam, nie byłam w szpitalu, ale w swoim pokoju. Zdyszana spojrzałam na zegarek.
          - Już po piątej — pomyślałam. Serce waliło mi jak opętane — czyli to jednak nie zdarzyło się naprawdę. - Wzięłam wdech i przeczesałam włosy palcami, odgarniając przy tym niesforne kosmyki z twarzy.
          - Czy ktoś mi wreszcie powie o co w tym wszystkim do cholery chodzi?! - zaczęłam analizować wszystkie wydarzenia — Na początku moje życie przewraca się do góry nogami, później dowiaduję się, że jestem ,,nefilką'', Erik mnie całuje, przez co mam część jego zdolności, a na dodatek widzę własną śmierć. To już chyba są jakieś żarty! - Złapałam za poduszkę leżącą obok mnie i rzuciłam nią w drzwi. Czemu to ja zawsze muszę mieć takiego pecha! Ledwo wstałam, otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz. Szybko pobiegłam do toalety, w której się nareszcie znalazłam. Stanęłam nad umywalką, opierając ręce o jej brzegi. Spojrzałam na swoje odbicie w dużym lustrze przywieszonym do ściany. Co prawda łazienka była zachwycająca. Pokój pokrywały białe kafelki, a podłoga wykonana była z delikatnego marmuru. W rogu stała ogromna wanna, w której z łatwością mogłyby się zmieścić co najmniej dwie osoby. Zwróciłam jeszcze raz wzrok na osobę odbijającą się w lustrze. To wcale nie byłam ja...to była mi obca osoba. Nie widziałam w niej delikatności, którą kiedyś posiadałam. Zobaczyłam cierpienie, a to wystarczy, żeby zmienić człowieka. Przekręciłam kran, uwalniając zimną wodą, którą następnie obmyłam swoją twarz. W tej chwili nawet to mi nie pomogła. Zimna woda nie usunie mojego zmęczenia, co najwyżej orzeźwi. Wolnym krokiem wyszłam w toalety i udałam się do pokoju. Przechodząc, przez korytarz zauważyłam otwarte drzwi...w pokoju siedział blondyn trzymający w ręku gitarę. Co chwilę zerkał na jakiś skrawek papieru i coś dopisywał. Pierwszą rzeczą jaka przyszła mi na myśl była piosenka. Zaczął cicho śpiewać:

When I see your smile
It makes me warm at heart
I look at you in the hope that you will find my eye
I know I make a huge mistake
I do not want to lose you...

Now, I understand that you love another
send it to him all his smiles
While you're my friend
I can not bear the thought that I had lost so much.
Now, let me just say goodbye

Podeszłam do niego i położyłam mu rękę na ramieniu.

          - O kim jest ta piosenka? - zapytałam. Zauważyłam, że do jego oczu napływają łzy.

          - O osobie którą straciłem dawno temu. Obiecałem jej coś za to, że mnie znów pokocha...niestety nie wyszło.

          - Zostawiła cię, nie dotrzymała słowa? - Jego oczy jakby nagle poczerniały, a wyraz twarzy zmienił się nie do poznania. Teraz dostrzegałam bardziej złość i żal zamiast smutku.

          - To ja go nie dotrzymałem, zabiłem ją... - odpowiedział łamiącym się głosem.
Wstał tak gwałtownie, że osunęłam się do tyłu, ledwo utrzymując równowagę. Popatrzył na mnie oczami przepełnionymi nienawiścią. - Jesteś tak strasznie do niej podobna...te oczy, ten uśmiech, nawet sylwetka. Gdy na ciebie patrzę, coraz bardziej przypomina mi się to, co jej zrobiłem... - popchnął mnie na ścianę i złapał obiema rękami za gardło.

          - Nie jestem nią! - wydusiłam.

Poczułam, że uścisk się rozluźnia. Chłopak złapał się za głowę i cofnął parę kroków do tyłu. Gdy był już w bezpiecznej odległości, złapałam się za szyję, po czym wybiegłam z pokoju. Kilka sekund później znalazłam się w pomieszczeniu, gdzie spałam. Zamknęłam drzwi na klucz i osunęłam się po nich, łapiąc gwałtownie oddech. Nie mogłam dłużej powstrzymywać łez, które jak na sygnał zaczęły płynąć strumieniami. Nagle usłyszałam kroki, jak na zawołanie wstrzymałam oddech. Osoba ta zbliżała się coraz bardziej do moich drzwi.

          - Cassidy przepraszam, możemy porozmawiać? - Ross zaczął dobijać się do drzwi.
Nie odzywałam się, jakbym wiedziała, że choćby szeptem mogę go zdenerwować. Nie miałam zamiaru z nim rozmawiać. To nieustające błaganie trwało jakieś piętnaście minut jak nie więcej. W końcu chłopak uspokoił się i odszedł. Odetchnęłam z ulgą. Wstałam i podeszłam do łóżka, gdzie starałam się wszystko wymazać z pamięci...

Chociaż próbowałam zasnąć, denerwował mnie najmniejszy dźwięk. Miałam wrażenie, że ktoś chodzi po moim pokoju, że drzwi się zamykają i otwierają, a także że wiatr podnosi zasłonki. Co chwilę podnosiłam i rozglądałam się po pomieszczeniu. Nie wiedziałam co mam myśleć po tym wszystkim, po prostu nie wiedziałam. Z każdą sekundą bezczynnego leżenia poddałam się i zsunęłam nogi na podłogę. Była dopiero szósta nad ranem. Zastanawiałam się, jak wytrzymałam te piętnaście minut. Przeczesałam włosy palcami i wymknęłam się z pokoju. Momentalnie zjawiłam się w kuchni i zaczęłam szperać po szafkach. W większości były naczynia, w niektórych natrafiałam na jakieś tzn. ,,posiłki błyskawiczne'', a w jednej... na lodówkę.
- Ale po cholerę ktoś by ukrywał lodówkę w szafce — co prawda nie była jakaś duża. Bardziej taka, jaką się bierze na jakiś wyjazd, żeby przetrzymać jedzenie przez podróż. Niepewnie do niej zajrzałam, zastanawiając się, czy robię dobrze ,,myszkując po ich szafkach''. Gdy tylko spojrzałam na jej zawartość, zakryłam usta dłonią...krew. Wiedziałam, że to przyniósł Ell Rossowi, ale nie spodziewałam się takiego odruchu. Przecież widziałam krew tysiące razy, jednak zawsze na jej widok robiło mi się słabo. Zamknęłam, a raczej trzasnęłam drzwiczkami lodówki.
          - Wampir, który boi się krwi — bardzo ciekawe zjawisko, zaśmiałam się pod nosem.

          - Musimy porozmawiać... - gwałtownie się odwróciłam.
          - Nie ma o czym — powiedziałam i zaczęłam się kierować w stronę wyjścia.
          - Właśnie, że jest. - powiedział blondyn, wyprzedził mnie i zagrodził drogę do wyjścia. - Masz mnie posłuchać.
          - Pogadaj ze ścianą, ona bardziej toleruje twoje towarzystwo, niż ja — powiedziałam stanowczo, nie myśląc nad słowami, które wypowiadam. (Wiem, że to było bezsensowne, ale nie miałam innego pomysłu niż ,,pogadaj ze ścianą'' ~Od aut. )
          - Nie powiedziałbym! - zaśmiał się pod nosem. Na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmieszek.
          - Przepuść mnie! - rozkazałam, a on założył ręce na pierś, mówiąc tym samym ,,nigdzie się nie wybierasz''.
          - Jeszcze czego...po pierwsze musimy pogadać, a chyba nie chcesz, żebym zmusił cię do tego siłą, a po drugie przepraszam... - Jego mina zmieniła się automatycznie, teraz wyrażała bardziej niepokój niż pogardę.
          - Za to, że mnie okłamałeś, czy za to, że chciałeś mnie udusić? - Chłopak zrobił coś tak niespodziewanego i chaotycznego, że aż się wzdrygnęłam... złapał mnie za ramiona i spojrzał mi głęboko w oczy, po czym wpił się w moje usta. Ten pocałunek był inny niż ten z Erikiem...był lepszy. Zamiast bólu poczułam w sercu żar. Nie wiedziałam czemu, ale odwzajemniłam go. Po chwili oderwaliśmy się od siebie, ciężko oddychając.
          - Za tamto i za to. - wyszeptał i zniknął. Dopiero po minucie bezczynnego gapienia się w podłogę zdałam sprawę, co się właśnie stało... Co się do cholery jasnej ze mną dzieje, nie co się dzieje z nim?! Tak nie może dalej być! O co mu chodzi?! Na początku jest miły, później jakby go piorun trafił, a teraz to i to jednocześnie...i do tego mnie całuje. Co on sobie myśli?! Skrzyżowałam ręce na piersi i udałam się do swojego pokoju. Nie musiałam nawet zapalać światła. Słońce i tak już robiło swoje. Przez żaluzje przebijały się promyki słońca, oświetlając pokój. Podeszłam do okna i je odsłoniłam. Moim oczom ukazał się przepiękny wschód słońca. Takie rzeczy jak zwykle mnie olśniewały. Tę spokojną ciszę panującą w pokoju przerwał odgłos otwieranych drzwi, do pokoju wparował...
C.D.N
Komentujesz=Motywujesz

niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział 4

Rozpędzona wpadłam do kuchni, po czym przejechałam oczami po pomieszczeniu. Oświetlało je tylko okno, przez które można było dostrzec księżyc. Nikogo oprócz mnie tam nie było, poczułam zimny dreszcz. Natychmiast się wycofałam. Nagle uderzyłam plecami o coś twardego. Szybko się odwróciłam. Jego oczy przeszyły mnie na wskroś, a mnie zalała mnie fala gorąca. Kosmyk ciemnych, wręcz czarnych włosów opadał mu na czoło. Jego uśmiech był prześmiewczy. Chociaż wiedziałam, że wystarczy krzyknąć, aby ktoś się zjawił, byłam z byt przerażona. Przypomniałam sobie sen, który nie wróżył nic dobrego. Była w nim ta sama osoba, która stała teraz przede mną.          - Wiesz, że nie powinnaś, chodzić sama po ciemnym domu, jeszcze ktoś cię porwie... - zaśmiał się drwiąco.          - Tak jak ty ostatnio? - zapytałam stojącego przede mną Erika, a ten niebezpiecznie zbliżył usta do mojego policzka.          - Nie mów, przecież ci się podobało. Zawsze byłaś niegrzeczną dziewczynką, a teraz będziesz niegrzecznym wampirkiem. Pasujecie do siebie, Ross też ukrywa drugie oblicze.          - O czym ty mówisz?          - Nie mówił ci, że ma problemy? Zresztą już nie jedną oszukał... - w tej chwili chłopak zniknął, a moje serce waliło jak opętane.

Wyobraziłam sobie jak teraz muszę wyglądać, na pewno mam podkrążone oczy, cała się trzęsę, a moje włosy są w czystym nieładzie. Pewnie traktuje mnie jak kogoś bezużytecznego, bezwartościowego. Nagle poczułam piekielny ból w brzuchu, niespodziewanie z hukiem upadłam na ziemię. Zauważyłam tylko biegające nade mną postacie. Krzyczeli moje imię. Mówili, żebym się nie poddawała, ale ja nie miałam sił walczyć. Kątem oka zauważyłam kałużę krwi, w której się znajdowałam. Cierpiałam... Nie tylko teraz, ale od momentu, kiedy to wszystko się zaczęło. Poczułam, że po policzku spływają mi łzy słone, ale nie traciłam wiary. Nie zamykałam oczu, po chwili poczułam ukucie i zemdlałam. Obudziłam się w jasnym, przejrzystym miejscu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu: białe ściany, szklana lampa na de mną i kroplówka stojąca z mojej prawej. Od razu rozpoznałam to miejsce-szpital. Przyjeżdżałam tu niejednokrotnie po śmierci ojca. Czasami raniłam samą siebie, żeby poczuć ból, jaki on czuł, gdy tamci bez litości go zabili. Mój wzrok zza przymrużonych powiek skierował się na Rydel rozmawiającą z Rossem.
          - Ross ona wyjdzie z tego, na razie to nie będzie konieczne. - dalej toczyli rozmowę, nie zauważając, że się obudziłam. Wiem, że to było niewłaściwe, ale zamknęłam oczy i przysłuchiwałam się słowom, które wypowiadali.          - Wiesz, że to moja wina była tak podobna do Emmy, że czuję jakby Em wróciła.          - Nie mów tak! Zranisz ją tym, Emma nie żyje i już nie wróci, żyj tym, co jest teraz.          - Tylko mi powiedz, przez kogo ona umarła! - krzyknął blondyn.          - Nie wiedziałeś, że to tak się skończy. Będziesz musiał powiedzieć Cassidy prawdę. - oznajmiła mu i wyszła. Wtedy Ross podszedł do mnie i złapał mnie za rękę.          - Cass żegnaj. - szepnął i wyszedł. Niedługo po tym w pokoju zjawiła się Rydel, a ja powoli otworzyłam oczy.          - Delly co się stało?          - Cassie cokolwiek się stanie wiedz, że wyjdziesz z tego. - nagle jej telefon zaczął dzwonić. - Halo? Co takiego się stało, nie to nie możliwe! - niespodziewanie zaczęła panikować.-przepraszam, Rossa zaatakowali upadli, muszę iść. - Wybiegła z pokoju, a ja nie tracąc czasu, pozbyłam się igły z kroplówki i z trudnością podniosłam się do pozycji siedzącej. Już zaczynało mnie to wszystko denerwować. Rozumiem, że życie nie jest proste, ale nie każdy codziennie stoi centymetr od śmierci...dosłownie. Na szczęście Rydel zostawiła mi jakieś ubrania i drobne. Zabrałam sukienkę, którą najłatwiej byłoby mi włożyć i udałam się do toalety. Każdy krok był strasznie bolesny, ale w końcu tamci mogli mieć gorzej...znaczy tamten. W końcu Erik nie mógł zostać zraniony, bo bym to odczuła. Przejrzałam się w lustrze, miałam wory pod oczami i nie wyglądałam za ciekawie. Ściągnęłam szpitalną koszulę, odsłaniając ranę. Wokół niej widać było fioletową obwódkę. Tylko co mogło spowodować przerwanie się szwów? Zaraz, a jeśli zrobił to Erik, wystarczyło, że lekko przejechał nożem, w miejscu gdzie wcześniej go zranili...ale czy byłby w stanie zrobić mi coś takiego? Chyba że jeszcze nie przeszedł na stronę Mikeal'a.
Odkręciłam kran, a z niego poleciała lodowata woda, którą przemyłam sobie twarz, przejechałam palcami po włosach i ignorując ból przeszywający moje ciało, narzuciłam lekką sukienkę. Następnie wymknęłam się z budynku szpitalnego, zabierając pieniądze zostawione przez blondynkę. Tylko jeszcze jedno pytanie: Gdzie ja jestem?

Rozejrzałam się dookoła. Pogoda była cudowna, na niebie gdzieniegdzie widać było białe chmury. Pamiętam, jak w takie dni jak ten kładłam się na trawie obok taty i szukaliśmy chmur o najdziwniejszych kształtach. Wspomnienia wracały, kiedyś było tak pięknie. Byłam tylko małą dziewczynkę niezdającą sobie sprawy, jaki świat jest naprawdę, że są tu okropne rzeczy i ludzie, których jedynym zajęciem jest krzywdzenie innych. Teraz to widzę...nauczyłam się dostrzegać potworności, które mnie otaczają. Te cudowne beztroskie lata, gdy na około widziałam motylki, tęcze, a świat był jedną wielką zaczarowaną bajką. Przestałam go takim spostrzegać, gdy zabito osobę, którą kochałam i będę kochać nadal...czuję jakby zawsze przy mnie był. Opiekował się mną, patrzył, jak dorastam. Wraz z odkryciem zła na tym świecie zmieniłam się nieodwracalnie. Przestałam być małą dziewczynką, teraz wiem co to ból... W tej chwili pomyślałam, że inni mają gorzej. Umiera im cała rodzina, nie mają gdzie się podziać. Ja miałam, chociaż kochającą mamę. Z rozmyśleń wyrwał mnie krzyk. Zwróciłam wzrok w miejsce, z którego dochodził. Zobaczyłam mocno krwawiącą dziewczynę biegnącą w moją stronę. Myślałam, że się zatrzyma, ale nie...biegła prosto na mnie.
          - Stój! - wrzasnęłam, próbowałam odskoczyć, ale nie dałam rady. Pomyślałam, że jeśli szwy się rozerwą, to będzie mój koniec. - Chwilę co się stało? - spojrzałam za siebie, dziewczyna nadal biegła, nie zatrzymując się, nie oglądając. Przecież widziałam, jak na mnie wbiega. Zaraz za nią szedł mężczyzna cały we krwi, on także nie zwrócił na mnie uwagi... Pośpiesznym krokiem udałam się do sali, w której leżałam. Jak to możliwe, przecież nie mogę być w dwóch miejscach naraz... Chyba że...zbliżyłam się do karty, która leżała na stole.

,,Imię i nazwisko: Cassidy Jessica Cholwey
krewni: brak
data urodzenia: brak
miejsce zamieszkania: brak''
Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że nie wiedzą o mnie prawie nic. Przejechałam wzrokiem po karcie, rzucił mi się w oczy krótki akapit.
,,Wyniki badania lekarskiego: uszkodzenie organów, silny krwotok wewnętrzny''

Czyli to nie była taka sobie delikatna powierzchowna rana. Odruchowo złapałam się za głowę.
          - To dlatego Rydel i Ross nie zauważyli, że wstałam...bo tak wcale nie było. - Pomyślałam. - To wszystko było takie realistyczne, ale czemu Ross...zaraz Ross! - zaczęłam panikować. On nie wiedział, że go słyszę. Pożegnał się, bo myślał, że tego nie przeżyję. Mimowolnie przypomniałam sobie słowa Erika ostrzegającego mnie przed jego drugim obliczem. Myślałam, że mogę zignorować jego zdenerwowanie, gdy powiedziałam, że chcę, żeby mnie zmienił. Być może nie chciał zniszczyć mi tym życia, które i tak teraz wisi na włosku. Po moim policzku zaczęła spływać fontanna łez. Wybiegłam przez drzwi, ponownie zauważając kobietę, którą gonił ten mężczyzna, tym razem...martwą. Z hukiem upadłam na kolana.          - Pomocy! - zaczęłam bezmyślnie wrzeszczeć, zdając sobie sprawę, że i tak nikt mnie nie usłyszy. Ledwo wstałam z opuszczoną głową. Bezradnie zaczęłam podążać do miejsca, z którego tu przybyłam. Gdy już miałam wejść do środka, zauważyłam lekarzy biegnących do mojego pokoju. Ja sama zaczęłam słabnąć, lecz i tak ostatnimi resztkami sił udałam się do pomieszczenia. Nie wierzyłam w to, co widzę. Moje serce przestało bić. Obserwowałam, jak lekarz podaje mi adrenalinę, a drugi traktuje mnie prądem elektrycznym. Przez głowę przebiegła mi myśl, żeby to skończyć, ale raptownie przypomniałam sobie o rodzinie i zaczęłam walczyć. Podeszłam do stołu, na którym leżałam i złapałam za swoją bezwładną dłoń.          - Nie poddawaj się, nie poddawaj. - mówiłam sobie. Nagle rytm serca wrócił do normy, a mnie wyrwało z otoczenia i wylądowałam w swoim ciele...
C.D.N

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 3

          - ,,Na zawsze'' to szmat czasu. Jeśli zostanę nefilką więź będzie coraz silniejsza, a Erik jest raczej z tych lubiących niebezpieczeństwo, za to bycie wampirem sprawi, że upadli mnie znienawidzą...kolejna przejdzie na stronę krwiopijców — pomyślałam.          - Ross możesz mnie zostawić? Muszę się zastanowić. - Smutno się uśmiechnęłam. Nagle moja ręka, od nadgarstka, aż po łokieć zaczęła krwawić, a ran było coraz więcej. - Ross, pomocy! - pisnęłam.

Chłopak, gdy tylko to zobaczył, podbiegł szybko, jednak zaraz zakrył usta dłonią i zaczął się odsuwać do tyłu.
          - Co się do cholery dzieje! - wpadł oburzony Erik, gdy tylko zobaczył rany powstające na mojej ręce, zawołał Rydel, która kazała Rossowi iść po bandaże.
Kilka sekund później osłupiała. Spojrzałam na swoją rękę, widniał na niej napis ,, Ona jest moja''. Niedługo po tym krew zaczęła krzepnąć.
          - Musimy uciekać, on wrócił. - zaczęła panikować Rydel, po czym złapała Rikera za nadgarstek i wyszła, mówiąc: 

          - Powinniśmy powiadomić innych.          - Co się dzieje? O kim mówicie? - próbowałam się czegoś dowiedzieć.          - Ross?          - Mikeal, starał się przejąć tron, ale zanim to zrobił, wtrącili go do piekła i tak właśnie ono powstało...specjalnie dla niego. Później inni próbowali się sprzeciwiać i czekał ich taki sam los, aż świat został podzielony na dobro i zło. - wytłumaczył mi.          - Co zrobiło twoje rodzeństwo, że stali się upadłymi? -dopytywałam.          - Oni nie są upadłymi i nigdy nie byli...poza Erikiem, ten należał do sekty, która chciała obalić archaniołów. Jednak jakimś trafem jemu jedynemu udało się uciec... Nadal nie wiadomo jak, ale udało...a co do mojej rodziny to mówiłem ci, jak się urodziliśmy, są oni pół nefilami i pół aniołami, ale nie należą do nieba, przynajmniej w jednej części nie. - Nie wiedziałam, jak to jest być odmieńcem w rodzinie, ale umiałam to sobie wyobrazić. Na pewno był samotny, nie rozumieli go.          - Ross wybrałam, będę taka jak ty i to ty mnie zmienisz - szepnęłam mu na ucho, a on się zasmucił.
Obejrzałam się po pokoju, o dziwo zostaliśmy sami — Widziałeś, kiedy wychodzili? - blondyn odwrócił głowę w stronę gdzie niedawno stała cała gromadka.
          - Nie bardzo, a wracając do tematu, poczekajmy z tym jeszcze trochę, a na razie idź spać — uśmiechnął się i zniknął. Położyłam się i usnęłam. Ta noc nie była spokojna, szczególnie przez mój sen. Zobaczyłam w nim siebie i jakiegoś człowieka. Szarpał mnie, a ja nie mogłam nic na to poradzić. Nagle do pokoju wpadł Erik.

          - Mikeal wynoś się stąd, mieliśmy umowę. Na razie Ross, później Cassidy.
          - Wiesz, że nie mogę tyle czekać, moja moc słabnie — wydarł się na ciemnookiego.          - Już niedługo. Pamiętaj, że żeby czar zadziałał, muszą być żywi. To jedyna para, która przeżyła zamianę. Powtórzę jedyna!          - Erik... Czemu? - szepnęłam, nie mając na to wpływu, a moje oczy stały się szklane od łez. Widziałam, jak wypowiada jakieś słowa.
Upadłam. Obudziłam się w pokoju Rydel cała mokra od łez.
          - Co to było?-zapytałam samą siebie.

Spojrzałam na zegarek stojący na stoliku nocnym, było wpół do pierwszej. Wstałam po cichu z łóżka i wyszłam na korytarz w poszukiwaniu toalety. Delikatnie otwierałam wszystkie drzwi. W kolejnych pomieszczeniach spali: Riker, Rocky, następny był o dziwo pusty, a w ostatnim była Delly z Ellingtonem, oni się...całowali. Gwałtownie się wycofałam, niestety Rydel coś usłyszała i błyskawicznie znalazła się za drzwiami.
          - Cassie, jeśli coś widziałaś: błagam, nikomu o tym nie mów. - powiedziała błagalnym tonem.          - To wy jesteście razem, od kiedy? - zapytałam.          - Od jakiegoś miesiąca, ale nikt nie może o tym wiedzieć — oznajmiła.          - To wspaniale. - szepnęłam — Nikomu nie powiem, obiecuję. Tak przy okazji gdzie jest toaleta?          - Musisz zejść po schodach na dół i iść korytarzem, aż dojdziesz do białych drzwi — pokierowała mnie — Przepraszam, ale wracam do Ell'a.
Podziękowałam, a ona wróciła do pokoju. Skierowałam się w stronę schodów. Przez ostatnie wydarzenia, miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, mimo tego udałam się do toalety.
*w tym samym czasie*
          - Nie mogę przemienić Cassie... Nie ja — pomyślał blondyn, wchodząc do kuchni. To wszystko go przytłaczało. Musiał zrezygnować ze starego domu, który był przytulniejszy niż ten. Chociaż wszystko jest takie nowoczesne, nie czuje tu rodzinnego ciepła. Jednakże cieszył się, że dzięki temu wspomnienia nie wracały. Nie musiał sobie przypominać o obiadach gotowanych przez jego matkę, nie musiał pamiętać o momencie, w którym dowiedział się o nieśmiertelności, nie chciał tego pamiętać, ale ona mu to przypominała. Była niebywale podobna do Emmy, krajało mu się serce na wspomnienie tego, co zrobił, a zrobił istotnie wiele. Mordował ludzi, widział strach w ich oczach, gdy odbierał im życie, nazywali go potworem — nienawidzili go... Po chwili otrząsnął się, przetarł oczy, po czym podszedł do małej lodówki umieszczonej w szafce pod zlewem i ją otworzył.          - Zostało jeszcze tylko kilka torebek krwi, musimy pojechać do szpitala. - powiedział pod nosem. Wziął jedną z nich, a jej zawartość przelał do szklanego kubka. Wziął wdech i wypił wszystko jednym haustem. Wstawił naczynie do zlewu, a sam udał się do pokoju starszego brata. Błyskawicznie znalazł się w pomieszczeniu.          - Coś się stało? - zapytał niespodziewanie Riker.          - Tak...mam problem.-przyznał przygnębiony blondyn - Cassie chce, żebym ją zmienił.          - Ross, wiesz, jak to się skończyło ostatnim razem, zabiłeś Emmę.          - Wiesz, że nie chciałem tego zrobić...kochałem ją. - oznajmił zawstydzony — Co mam powiedzieć Cassie? ,,Hej! Wiesz co? Zabiłem tysiące niewinnych ludzi'' - znienawidzi mnie.          - Nie wiesz tego. - Zaprzeczył starszy brat. - Mogę jej powiedzieć, że się zmieniłeś.          - Wiem, jakbym się zmienił, nie musiałbym pić krwi. - Wybiegł z pokoju, trzaskając drzwiami. Wszedł do swojej sypialni, po czym spojrzał na zegarek, dochodziła 2 nad ranem. Gdy już miał się położyć usłyszał kroki. Wyjrzał przez drzwi, zauważył śliczną brunetkę. Spostrzegł, że zagląda do pokoju braci, najwyraźniej czegoś szukając. W mgnieniu oka znalazł się na schodach. Miał szczęście, że dziewczyna go nie widziała.          - Pewnie chce porozmawiać o przemianie. - pomyślał i czekał, aż ta wróci do pokoju Rydel. Po chwili usłyszał rozmowę dziewczyn. - To oni są parą? Czemu o niczym nie wiedzieliśmy? - pomyślał. Chłopak słysząc, że dziewczyna idzie na dół, pobiegł do kuchni.

*Perspektywa Cassie*
Zaczęłam kierować się w stronę toalety. Na sekundę przystanęłam, mimo tego, iż było ciemno, noc nie sprawiała mi wielu problemów. Niedawno zauważyłam, że mój wzrok się poprawił odkąd zostałam nefilką. Rozejrzałam się po korytarzu. W pewnym momencie zobaczyłam poruszający się cień. Mimo strachu pobiegłam w jego stronę...

C.D.N.